piątek, 31 października 2014

Film: Koneser


O filmie wspomniała mi Iwakki. Od razu wpisałam go na moją listę do obejrzenia. Pewnie minęło by jeszcze trochę czasu zanim poszukałabym go w internecie, ale przypadkiem trafiłam na niego w telewizji. I obejrzałam. Naprawdę polecam. Jeden z najlepszych filmów jakie widziałam w ostatnim czasie ;)

Koneser (La Migliore offerta), reż. Giuseppe Tornatore, Włochy 2013


Virgil Oldman prowadzi aukcje dzieł sztuki. Pewnego dnia kontaktuje się z nim Clarie Ibbetson. Chce, aby mężczyzna zajął się wyceną dzieł sztuki z jej domu odziedziczonego po rodzicach. Tajemnicza kobieta zaczyna wzbudzać fascynację Virgila, gdyż kontaktuje się z nim wyłącznie telefonicznie i nikt jej dotychczas nie widział...



Zalety:
  • napięcie jak w thrillerze; jest zagadka, tajemnica
  • wiele obrazów, znanych obrazów kobiet
  • ciekawe wnętrza - dom Clarie
  • porusza problemy i choroby ludzi - chorobliwa fascynacja kobietami, lęk przed ludźmi i światem zewnętrznym
  • obserwujemy licytacje dzieł sztuki, a także przekręty z nimi związane
  • obserwujemy wydarzenia z punktu widzenia głównego bohatera, nie wiemy co myślą inni bohaterowie
  • zaskakujący finał

Wady:
  • brak informacji o dalszych losach niektórych bohaterów i powodach ich działania



Źródła ilustracji:
http://www.silenzio-in-sala.com/immagine_la-migliore-offerta_35197.jpg
http://stanzedicinema.files.wordpress.com/2012/11/big_06-la-migliore-offerta-di-giuseppe-tornatore.jpg
http://static1.stopklatka.pl/library/57/1E/g-15.jpg/1.0/g-15.jpg
http://1.fwcdn.pl/po/45/25/624525/7556850.3.jpg
http://bi.gazeta.pl/im/3f/4b/db/z14371647Q,Koneser.jpg
http://img2.gofilm.pl/upload/album_1733/e3af7fe7abfb27c545944a8d3eb2d9c2.jpg
http://www.zapetlone.pl/wp-content/uploads/2013/08/best-off.png
http://img2.gofilm.pl/upload/album_1733/d730d22bb12da89316a1830f70d6a67c.jpg
http://film.org.pl/wp-content/uploads/2013/08/014.jpg
http://img2.gofilm.pl/upload/album_1733/6ccc9b99ded50319c0200a7aa0fc0628.jpg
http://1.bp.blogspot.com/-8O_KSK1T1vM/Ug-8xNI9ugI/AAAAAAAADjY/EC0uemXU_UM/s1600/47652_491339284251129_1572679036_n.jpg

czwartek, 30 października 2014

Muzyka do pokazu mody #2

W dzisiejszym poście przyjrzymy się kilku utworom z muzyki filmowej. Jak już kiedyś wspominałam jest to jeden z najczęściej wybieranych gatunków muzyki przez studentów projektowania ubioru. Ale nie tylko. Wszelkim widowiskom typu pokazy fajerwerków, ognia czy podświetlanych fontann zwykle towarzyszy utwór filmowy. W ostatnich latach popularne są motywy z Matrixa, Piratów z Karaibów, Gladiatora. To właśnie te utwory przedstawię dziś.


Przy wyborze podkładu muzycznego do pokazu, kierujmy się przede wszystkim charakterem naszej kolekcji. Poniższy utwór polecałabym do długich sukni, modelki koniecznie powinny iść powoli.
Gladiator Soundtrack, Now We Are Free, Hans Zimmer, Lisa Gerrard



Wybrałam dwa najpopularniejsze utwory. Co tu dużo pisać, muzyka Zimmer'a jest świetna, choć ja bym się kilka razy zastanowiła, zanim bym wybrała te propozycje do pokazu mody. Moim zdaniem bardziej nadają się do pokazów komercyjnych w galeriach handlowych (ubrania ze sklepów danej galerii) niż do pokazów kolekcji projektantów.
Pirates of the Caribbean Soundtrack, Hans Zimmer
He's Pirate
 

One Day


Utwór Clubbed to Death już przedstawiłam w jednym z wpisów, dlatego pominę go teraz i przedstawię inny bardzo popularny. Tak szczerze to jestem bardzo ciekawa jakby wypadł w przypadku pokazu mody. Na pewno kolekcja powinna mieć zdecydowany charakter ;)
Matrix Soundtrack, Navaras, Juno Reactor, Don Davis



Soundtracki nie zawsze są dobrym wyborem do pokazu mody. Często są zbyt nachalne i mogą przyćmić samą kolekcję. Lub po prostu do niej nie pasować. Wybierając taki utwór należy dokładnie przemyśleć sprawę i wyobrazić sobie cały pokaz mody. Nie chcemy przecież być kiczowaci ;)

wtorek, 28 października 2014

Dzieło miesiąca - Zwiastowanie

Dziś mam dla Was przepiękny obraz ze wczesnego renesansu. Jak tytuł sugeruje przedstawia zwiastowanie  Marii, ale bez obecności archanioła Gabriela.


Zwiastowanie olej na desce 1473-74
Antonello da Messina (1430-1479)

Powyżej mamy piękny portret, zamyślonej kobiety. Jest to dość nietypowe przedstawienie motywu zwiastowania. Zwykle to były sceny z Marią i Archaniołem. To najlepsza reprodukcja jaką znalazłam.

Obraz emanuje spokojem. Kobieta oderwała się od lektury i głęboko zamyśliła. Jej myśli błądzą gdzieś. Wyciąga dłoń jakby wyobraziła sobie kogoś/coś i próbuje tego dotknąć.


Źródła:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Antonello_da_Messina
http://www.allposters.pl/-sp/Zwiastowanie-1474-75-plakaty_i1350833_.htm

sobota, 25 października 2014

Projektowanie mody: szablon z modelkami stardoll 4

Mam nadzieję, że już testowaliście inne szablony udostępnione przeze mnie na blogu. Jeśli nie to zajrzyjcie do archiwum i poszukajcie odpowiednich wpisów albo odnajdźcie na blogu etykiety i kliknijcie w hasło szablon. Wyświetlą się wszystkie wpisy dotyczące szablonów.

wtorek, 21 października 2014

Gorsze obrazy, czyli niepublikowane prace malaskie

Każdy artysta w swoim dorobku ma gorsze prace. Wiadomo. Raz zły dzień, innym razem nie taka kompozycja (martwa natura), jeszcze innym razem upierdliwa osoba komentująca naszą pracę. Czasem to kwestia ciśnienia i pogody albo kwestia malowania na głodnego. Albo bez codziennej kawy. Te pseudo kawki z automatu były obrzydliwe, ale jednak się je piło. Miałam też tak, że praca z początku mi się podobała, ale za  jakiś czas już wcale. Jak wiadomo artyści mają czasem swoje humory i po prostu nie ma tu co wchodzić w większą filozofię ;)

W sumie to artyści nie lubią się chwalić nieudanymi pracami. Ja także. Ale na moim blogu złamałam już masę zasad w celach edukacyjnych. Warto pokazać początkującym malarzom, że nikt nie tworzy zawsze idealnych dzieł, że musi być także miejsce na gorsze prace. A nawet nieudana praca przynosi nam pewną naukę.



Powyższą pracę z początku lubiłam, szczególnie za tą ciemną tkaninę. Niestety pomarańczowa się nie udała i przez to zepsuła mi ogólny odbiór pracy (porównano ją do dziurawego ... sera ?). To chyba trzecia praca w kolejności chronologicznej z drugiego roku licencjatu.


Nie lubię jak w martwych naturach znajduje się dużo elementów geometrycznych jak np. parawan. I nie lubię jak tkaniny są pstrokate. A ta właśnie taka była. Nie łatwo taką namalować. Co jeszcze mnie w tej pracy pogrążyło? Szklana butla i metalowe "coś", to była chyba przykrywka od garnka. No i ten parawan. Tak. Strasznie wkurzająca martwa natura.


A tutaj mam ciekawą kompozycję. Nie jest aż taka zła. Jest ciekawa, ale czegoś w niej brakuje. Może więcej elementów przestrzennych? Sama nie wiem. Jest taka trochę "kosmiczna" jakby pewnie powiedział mój profesor. W końcu same latające spodki na niej ;)


Hura! Znowu pstrokata tkanina. Jeśli już macie malować tkaniny w jakieś wzory to radzę się dwa razy zastanowić i albo nie malować tych wzorów, albo namalować je w szarościach. Chyba, że znajdzie się ktoś odważny i stawi czoło takiej abstrakcji. Zielone pudełko jest trochę "miękkie" i "wygina się w łuk". W całej tej pracy cieszy mnie jedynie ta wtyczka i niebieska draperia.


W ramach jakiś ćwiczeń na technikach malarskich kupiłam gesso (taka farba do gruntowania kartonów). Zagruntowałam sobie ten kwadracik specjalnie na zajęcia z malarstwa. Ależ się cieszyłam: wypróbuję gesso, tekturę i inny format niż prostokąt. Malowało się beznadziejnie po tym gessie. Bardzo się błyszczało jakby było tłuste. Kiepsko chwytało farby, wręcz czyniło je transparentnymi (przezroczystymi). Miałam wrażenie, że nie panuję nad pędzlem. Już drugi raz nie użyłam tej piekielnej mikstury.
Myślę, że sam kadr miał naprawdę potencjał. Chociaż, jak tak teraz patrzę to ta praca nie jest aż tak beznadziejna jak poprzednie... Może jednak zmienię zdanie ;)

sobota, 18 października 2014

Projektowanie mody: szablony z modelkami stardoll 3

Kolejna dawka szablonów do projektowaniu ubioru. Pamiętajcie, że możecie je dowolnie modyfikować. Na początku to może być nieco trudne, ale z czasem na pewno tak zrobicie. Możecie zmieniać twarze, fryzury, ułożenia rąk i nóg. Co tylko sobie wymyślicie ;)

piątek, 17 października 2014

Jak zostałam projektantką ubioru? Historia Iselle - co dalej?

Moja historia nie jest idealna. Nie poleciłabym jej na wzór. Ale zawsze to jakiś przykład. Przez ostatnie kilka dni mogliście się zapoznać z niektórymi fragmentami mojego życia. Fragmentami związanymi w jakiś sposób z projektowaniem ubioru. Wielu z Was chciałoby iść w podobnym kierunku. To szczególnie o Was myślałam pisząc kolejne zdania. Oczywiście to tylko ogólniki. Nie sposób wspomnieć w kilku wpisach o każdym szczególe. Choć moja historia wygląda na happy end, to niestety nim nie jest. Przynajmniej na razie. W każdej opowieści są też ciemne strony, złe wybory, błędy. I o nich także warto wspomnieć.


Pierwszy błąd jaki mi się nasuwa to wybór liceum profilowanego zamiast technikum odzieżowego czy zawodówki. Nie jestem pewna czy technikum wiele by zmieniło, ale zawodówka na pewno. Presja rodziny, a także moje ambicje nie pozwoliły mi na wybór inny niż zmierzający prosto do studiów.

Za późno zaopatrzyłam się we własne maszyny. Mogłam to zrobić już na licencjacie i ćwiczyć szycie w domu. Kolejny błąd: za mało szyłam, za mało ćwiczyłam przy maszynie, za mało siedziałam w tkaninach. Brakuje mi takiej praktyki i doświadczenia. Za dużo czasu poświęciłam na inne zajęcia na studiach.

Było jeszcze wiele błędów i porażek, mniejszych i większych. Niektórych już nie pamiętam, o innych przypomnę sobie w przyszłości. Wiele skutków moich działań dopiero przede mną. Brakuje mi ... uporu, ambicji. Zgubiłam je na studiach. Poświęciłam się wtedy zbyt wielu rzeczom i odłożyłam projektowanie i szycie na bok. 


Jaka będzie przyszłość? Cóż, sama jeszcze nie wiem. Nie zamierzam porzucić moich marzeń o pracowaniu w tym zawodzie. Wierzę, że w końcu odkryję w sobie te dawne uczucia, które pchały mnie do przodu. To chyba kwestia motywacji i presji w moim wypadku. Skoro do konkursu potrafiłam siedzieć i szyć bez narzekania, to chyba powinnam postawić się przed faktem dokonanym i ... nie wiem, zarejestrować działalność, wydrukować wizytówki albo coś w tym stylu ;) Coś mocnego, bo metki z moim nazwiskiem leżą ciągle w kuferku krawieckim. Tak, mam metki, wykorzystałam tylko jedną ;p


Mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła powrócić z kontynuacją tej historii :) 

czwartek, 16 października 2014

Jak zostałam projektantką ubioru? Historia Iselle #3

Wkroczenie do świata sztuki, czyli studia licencjackie

Moi rodzice wciąż mieli chyba nadzieję, że wybiorę jakiś normalny kierunek studiów jak pedagogika. Dla zasady złożyłam papiery na historię sztuki, choć wiedziałam, że się nie dostanę. Decydowała matura z historii sztuki, a ja jej oczywiście nie miałam. Poszłam na krótki kurs rysunku i złożyłam papiery na ASP.

Oczywiście nie byłam na to przygotowana. Nie miałam pojęcia jak dużych umiejętności wymagają na egzaminach wstępnych z malarstwa i rysunku. Nie wiedziałam, że teczka powinna się składać z wielkoformatowych prac. Bo kto mi miał to powiedzieć? W internecie nie było tym informacji. Wiem, bo szukałam. Dlatego się nie dostałam. W sumie już wcześniej to czułam i nie przyjęłam tego bardzo do siebie. Na oku miałam już szkołę prywatną, konkurencyjną, także z projektowaniem ubioru.

Dostanie się nie stanowiło problemu. Po prostu uczelnia była przygotowana do przyjęcia początkujących artystów i dokształcenia ich (i zbierania nieprzyjętych do ASP). Z kolei ASP chciało ludzi z dobrymi umiejętnościami rysunkowymi i malarskimi (zrozumiałam to rok później, bo tyle zajęło mi zdobycie tych umiejętności regularnie ćwicząc). Oczywiście mogłam spróbować wtedy ponownie dostać się na ASP, ale już nie czułam takiej potrzeby. Zignorowałam uczelnię, która nie dawała szans początkującym artystom. Dodatkowo wiedziałam też, że wiele osób dostaje się tam przez znajomości.

Zajęcia na uczelni okazały się bardzo różnorodne. Uczyłam się w zasadzie o wszystkim, próbowałam nowych rzeczy. Historia sztuki, malarstwo, rysunek, aksonometria, perspektywa, rzeźba, makiety, filozofia, kultura, liternictwo, kompozycja, programy graficzne, gobeliny, farbowanie jedwabiu, katalogi itd. Było tego naprawdę dużo i o większości mogliście już przeczytać na moim blogu. Oczywiście było też dużo zajęć z mojej specjalizacji, czyli projektowania ubioru (moja specjałka miała najwięcej zajęć ze wszystkich specjalności artystycznych).

Tak właściwie to projektowanie ubioru miałam na drugim roku, a dokładnie bliżej trzeciego. Najwięcej nauczyłam się na konstrukcji. Wielokrotnie poprawiłam i konsultowałam mini konstrukcje, do upadłego. Nienawidziłam tego przedmiotu do czasu, aż zaczęło mi w miarę wychodzić. Zajęcia z szycia z początku były fajne, ale zaczęły się dłużyć. Starszy Pan krawiec nie interesował się, że gonią nas terminy. Ciągle opowiadał o starych czasach i choć było to ciekawe, to słuchanie po raz któryś podobnej historii już nudziło. A kolejki do niego robiły się coraz dłuższe, kolejki do maszyn także. Tylko niektórzy studenci posiadali własną maszynę w domu (stębnówki uczelni, sztuk trzy, działające dwie), nie mówiąc już o overlocku (overlock uczelni, sztuk jedna, ciągle zrywał nici). Liczba studentów w pracowni od 6 do kilkunastu osób przy zjazdach. W kolejnym roku Pana krawca zastąpiła już Pani. Potem doczekałam się kolejnej Pani krawcowej.

Podsumowując studia licencjackie:
Zetknęłam się z dużą ilością zajęć ogólnych i sporą liczbą zajęć specjalizacyjnych. Wiele razy jednak zajęcia ogólne pochłaniały mój czas w ogromnym stopniu, pochłaniały także pieniądze. Powodowało to, że zamiast skupiać się na projektowaniu ubioru i szyciu to zajmowałam się wszelkimi innymi rzeczami. Z jednej strony się cieszę, że poznałam różnorodne dziedziny, ale z drugiej strony oderwało mnie to od tego po co tam przyszłam - od projektowania ubioru. Można uznać, że wiele czasu straciłam na pierdoły, a nie na działanie. W efekcie po obronionym dyplomie potrafiłam co prawda projektować i ogólnie znałam zasady konstrukcji, ale w samodzielnym szyciu miałam bardzo mało doświadczenia. Mimo tej ogólnej klęski nauczyłam się jednak wiele ciekawych rzeczy m.in. malarstwa.


Drugi stopień bez rewelacji w programie i sukces konkursowy

Studia drugiego stopnia wybrało bardzo niewielu z moich znajomych (ze specjalizacji zostałam sama). Reszta ludzi wykruszyła się albo w trakcie trwania studiów, albo przed dyplomem. Kilka osób kontynuowało studia na innych uczelniach, wiele osób rzuciło "sztukę" na dobre i zaczęło normalną pracę i życie.

Zaczęłam myśleć co dalej. Kupiłam swoją własną maszynę. Przestałam chodzić na zajęcia z szycia i podstawowe formy zaczęłam szyć sama. Taki styl bardziej do mnie przemawiał, bo uczyłam się na własnych błędach. W pracowni krawieckiej zrobiło się bardziej ciasno, maszyny jak zwykle oblegane lub zepsute. A po pierwszym roku zmiana budynku (jeszcze mniejsze pracownie, jeszcze bardziej tłoczno). Poważniejsze realizacje zanosiłam do krawcowej, sama szyłam tylko na warsztaty krawieckie i konstrukcję. Co ciekawe profesor ... zachęcał nas do tego. Zamiast nas zmotywować, abyśmy sami szyli, nawet z błędami, to wręcz namawiał nas, aby komuś to dać do uszycia - aby dobrze wyglądało.

No ale czasem podejmowałam się szycia czegoś poważniejszego sama. Tak było z pewnym polarowym strojem. Wtedy poczułam się naprawdę fajnie. Coś mi wyszło, choć z drobnymi błędami. Odważyłam się zrobić kolejny krok i zgłosiłam się do konkursu - Heart Fashion. Po raz pierwszy od kilku lat poczułam ten upór i ambicję, aby sama wszystko uszyć, aby zaskoczyć innych.

W trakcie przygotowań do egzaminów i sesji na drugim roku zamówiłam overlocka. Czekałam na to bardzo długo. Wybrałam najtańszą z możliwych, ale dobrych opcji, ale zawsze brakowało mi funduszy. Umożliwiły to raty stypendium za naukę i osiągnięcia (średnia i konkurs się przydały). Uczelnia z kolei zafundowała mi półtora roku szalonego planu zajęć. Chyba największy możliwy absurd, śmiałam się, że robię jednocześnie studia dzienne, zaoczne i wieczorowe. Chodziłam na zajęcia w tygodniu i w weekendy, czasem nawet wieczorami razem ze studentami zaocznymi - nie opłacało się robić wykładów dla jednej lub trzech osób.

Podsumowując studia magisterskie:
Wiele powtórek zajęć z licencjatu, tylko inne tematy, nowego materiału mało, albo możliwość przepisania oceny. W tym czasie bardziej dojrzałam psychicznie do samego projektowania, odważyłam się na nowe kroki i decyzje. Choć z początku na szycie poświęciłam więcej czasu, to później było już z tym gorzej.

środa, 15 października 2014

Jak zostałam projektantką ubioru? Historia Iselle #2

Usamodzielnianie się

Czas spędzony w liceum uważam za jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Poznałam nowych znajomych choć szkoda, że te kontakty także się potem pourywały. Wkroczyłam na zupełnie nową ścieżkę.

Mieszkanie w internacie okazało się całkiem przyjemne. Regularne posiłki, blisko do szkoły, ciągłe towarzystwo współlokatorek, które uczęszczały do tej samej szkoły co ja. Jedna do ogólniaka, druga do technikum odzieżowego, trzecia do zawodówki fryzjerskiej oraz ja do liceum z profilem kreowania ubioru. Bardzo się usamodzielniłam w tamtym czasie. Musiałam budzić się sama, dysponować kieszonkowym na różne potrzeby. Nauczyłam się kupować bilety, czytać rozkłady, jeździć pociągami i tramwajami (zdarzało mi się gubić w mieście lub jechać do samej zajezdni). Zrobiłam prawo jazdy (uczyłam się jeździć autem od razu po dużym mieście). No i zdałam maturę. W między czasie zgarnęłam dwa stypendia od ministra za wyniki w nauce, co ucieszyło rodziców i mnie - chciałam, aby byli ze mnie dumni. Ale to nie było jeszcze najważniejsze.

Lekcje związane z projektowaniem ubioru były różne. Na materiałoznawstwie było dużo przepisywania, ale ułatwiało to zapamiętywanie informacji. Lekcje konstrukcji były bardzo przejrzyście prowadzone, nie było problemu ze zrozumieniem instrukcji tworzenia szablonu na podstawie Parafianowicza. Niestety wykonałam ich bardzo mało :/ Taki program (spódnica i bluzka). Trochę zajęć z rysunku. Zajęć z szycia ... nie było. Z perspektywy czasu widzę jak bardzo to absurdalne. Nikt nie uczył nas szycia (no tak, projektant nie musi szyć :/). Wtedy zaczęłam sobie zdawać sprawę, że technikum odzieżowe lub zawodówka z krawiectwem mogłyby być lepszym rozwiązaniem. Już całkiem to do mnie dotarło na studiach. Żałuję, że nie miałam wtedy takiej wiedzy jak teraz, że nikt nie doradził mi zawodówki (taka sugestia padła z moich ust, ale stanowczo ją zanegowano), ale podejrzewam, że co najwyżej skończyłabym w technikum. No jak zawodówka? A matura? Studia? To była presja rodziny.


Pierwsze kolekcje, pierwsze pokazy mody

Szkoła średnia miała jednak swoją zaletę - konkurs dla młodych projektantów na miejscu. Wspaniałe czasy, gdy jeszcze kierowały mną upór i ambicja. Bez zastanowienia zgłosiłam się do pierwszego konkursu. No przecież umiałam obsłużyć maszynę do szycia, więc reszta to pestka, prawda? Haha :D Byłam totalną amatorką w szyciu, ale zgłosiłam się do konkursu gdzie wymagano minimum 4 stroje. Mimo, że taka cicha, zwykle gdzieś z tyłu to nie bałam się takiego wyzwania. Naprawdę musiałam nie myśleć poważnie i twardo iść w modę ;)

Moja filozofia szycia była wtedy bardzo prosta: sukienkę mini na ramiączkach uszyłam z dwóch prostokątów. Ewentualnie na oko zwężałam w talii przesuwając trochę szew. Chyba nawet nie obszywałam krawędzi zygzakiem. Ramiączka były ze wstążek. Próbuję sobie wyobrazić jak udało mi się wszyć zamki błyskawiczne i nie potrafię :D No i ręcznie przyszywałam malutkie koraliki i wstążki. Miałam do tego cierpliwość. W ten sposób powstało 6 sukienek, które zaprezentowałam na wybiegu w sali gimnastycznej. Przy drugiej kolekcji pomogła mi już krawcowa, jedynie ozdoby przyszywałam sama. Trzecia kolekcja powstała na bazie satynowych szlafroczków, które przerobiłam na wschodnie kimona. Każda kolekcja inna, każda coś mi dała. Brałam w tym udział co roku przez trzy lata. Nigdy nie żałowałam. Raz nawet na targach zaprezentowano jedną z tych kolekcji.

Ale był jeden moment kryzysu - gdy główną nagrodę zgarnęła moja bliska koleżanka (maszynę do szycia), która mimo że była na tym samym profilu, nie przejawiała większego zainteresowania projektowaniem ubioru. Nie miała aspiracji w tym kierunku, interesowała się inną dziedziną i mniej zależało jej na konkursie (choć kolekcja była oryginalna). Wtedy naprawdę zwątpiłam w siebie. Ale całe szczęście tydzień później znowu nie wyobrażałam sobie życia bez projektowania.

wtorek, 14 października 2014

Jak zostałam projektantą ubioru? Historia Iselle #1

Pierwsze przesłanki...

Odkąd pamiętam uwielbiałam rysować. Wszędzie miałam dużo kredek, pisaków i zeszytów. Rysowałam bardzo różne rzeczy, choć potem zaczęły w nich przeważać księżniczki i inne panienki. Uwielbiałam także wszelkie zajęcia plastyczne w szkole. Ale wtedy jeszcze nie myślałam o projektowaniu mody. Chciałam zostać artystką-rysowniczką. Malować farbami nie cierpiałam i powtarzałam sobie, że nie będę malarką. Jak widać po wielu latach zmieniłam zdanie w kwestii malarstwa ;)

Szkołę podstawową traktuję jako okres, gdy dojrzewałam do odkrycia mojego powołania. Zajęcia plastyczne i rysunki to jedno, ale były jeszcze ważniejsze. Przebieranki. W pewnym momencie udało mi się uzbierać sporą kolekcję starych ubrań mamy, różnych szmatek, chustek i sporych fragmentów tkanin. Tworzyłam z nich kolorowe warstwowe stylizacje (jakby to teraz nazwać ;). Dodawałam różne błyskotki. Wiele razy wyglądałam jak jakaś księżniczka z dalekiego, wymyślonego kraju. 

Lalki. Prawie każda dziewczynka je uwielbia. W tamtych czasach nie miałam tylu różnych zabawek jakie mają teraz dzieci. Dysponowałam kilkoma tanimi lalkami i trzema oryginalnymi Barbie, z których byłam najbardziej dumna. Na podłodze pokoju tworzyłam dla nich apartamenty z wielkimi łożami i zasłonkami. I oczywiście je ciągle przebierałam. Zasada była podobna jak z moimi "stylizacjami": miałam uzbieraną dużą kolekcję kawałków tkanin i przy pomocy wstążek, sznureczków tworzyłam dla nich kreacje. Standardowo cięłam rajstopy na sukienki i halki, a nawet stworzyłam dopasowaną kolekcję z ... balonów. Miałam wtedy wyobraźnię ;)

To właśnie te zabawy stopniowo pchały mnie coraz bardziej w świat projektowania ubioru. Powoli moje księżniczki w zeszytach dostawały coraz bardziej ciekawe stroje i makijaże. Ale o przyszłym zawodzie jeszcze nie myślałam. Choć zainteresowanie maszyną do szycia mamy przejawiałam. Obsługi nauczyłam się dosyć szybko, ale zanim zaczęłam sama coś szyć minęło jeszcze dużo czasu ;)


Pierwsze myśli o projektowaniu ubioru

Nie znosiłam okresu gimnazjum. Były to jedne z najgorszych lat szkolnych. Ale kluczowe dla moich kolejnych decyzji.

W tamtym czasie straciłam wielu przyjaciół. Choć widywałam ich na boisku, to jednak rozrzucono nas po różnych klasach. Z nowymi koleżankami nie mogłam się dogadać. One już wcześniej się znały, a ja miałam trudności w nawiązaniu z nimi wspólnych tematów. Choć może okres dojrzewania też na to wpłynął. Na nudnych lekcjach rysowałam sobie na luźnych kartkach wsuniętych do zeszytu. Pewien przełom nastąpił, gdy założyłam osobny zeszyt ... do moich projektów ubrań. To właśnie dzięki niemu zauważono mnie na kole plastycznym (chodziłam czasem na nie). Rysunki się spodobały i dostałam propozycję ... wystawy swoich projektów. Gdyby nie nauczyciele i przypadek (a może szczęście), że zauważyli moje rysunki prawdopodobnie nie poszłabym w kierunku projektowania ubioru; nie lubiłam się wyrywać przed szereg. Być może odkryłabym to "powołanie" po wielu latach.

Jak się do tego zabrałam? Przejrzałam tysiące moich karteczek z rysunkami i pozaznaczałam te szkice, które przerysuję na większy format. O tej wystawie pisałam już w poście Projektowanie mody: modelki nie ma?. Możecie obejrzeć w nim niektóre z tych projektów.

Wystawa okazała się ... indywidualna. Miałam własne duże tablice z moimi projektami. Duży powód do dumy. Myślę, że te właśnie małe sukcesy trzymały mnie wtedy w garści, gdy czułam się osamotniona. Ale to nie był koniec. W trzeciej klasie zorganizowano mi kolejną wystawę. Tym razem projekty oprawiono w antyramy. Stroje były bardziej dopracowane i posiadały ... modelki (w pierwszej wystawie nie szkicowałam postaci tylko same stroje). Tak oto powoli zaczęłam rozwijać swój talent i zamiłowania. A że wkrótce miałam skończyć gimnazjum zaczęłam intensywnie myśleć gdzie iść dalej.


Decyzja, która miała odmienić moje życie

W grę wchodziły zwykłe ogólniaki w moim mieście z profilami, które mnie za bardzo nie interesowały. Mogłam iść do liceum profilowanego w moim mieście, ale lepiej bym wyszła wybierając chyba zawodówkę :/ Oczywiście nie było o tym mody - rodzice chcieli, abym poszła na studia, bo zawsze się dobrze uczyłam. Realniejszym wyjściem było liceum profilowane w Poznaniu, ale w Zespole Szkół Odzieżowych. Gwarantowało to że nauczę się tam więcej niż w moim mieście. W końcu do tej odzieżówki chodziła kiedyś moja ciotka, a moja mama też kiedyś chciała się tam dostać (wymagania szkoły w tamtych czasach jej to uniemożliwiły). Poza tym jakby nie patrzeć to moja mama mi o tej szkole powiedziała, więc przyczyniła się do tej decyzji. Ale wątpię, aby wtedy myślała o tym poważnie ;) Drugą szkołą było liceum plastyczne, także w Poznaniu. 

Zaczęły się objazdy po szkołach. Najpierw odwiedziłam liceum plastyczne i ... się przestraszyłam. Zaniedbany wygląd zewnętrzny i wewnętrzny szkoły, ławki, które mogła pamiętać moja babcia... Szkoła wymagała odnowienia i to konkretnego. Mogłam spróbować się tam dostać, pewnie jakoś bym przeszła egzaminy. Ale wymagałoby to ode mnie codziennych dojazdów pociągiem. Internat był w centrum Poznania. Dojazd zająłby pewnie ponad 30 minut (to szybciej dojechałabym pociągiem z domu :/). W szkole nie było także stołówki. Rozważając to szczegółowo z rodzicami stwierdziliśmy, że odpuścimy sobie plastyka. 

Następnie wybraliśmy się do odzieżówki. Centrum Poznania, bardzo prosta droga do dworca kolejowego, 20 minut pieszo, tramwaje oraz internat (bursa żeńska) 7 minut od szkoły. Świetne rozwiązanie. Stołówka w internacie była, w pobliżu centrum handlowe. Szkoła wyglądała na zadbaną. Odesłali nas z niej do bursy i tam wypytaliśmy o wszystko. Wyglądało to zachęcająco, za ok. 350 zł miesięcznie mogłam zamieszkać w pokoju 3-4 osobowym, trzy posiłki, opieka pedagogów.

Decyzja była najtrudniejsza dla moich rodziców. Najstarsze dziecko zamierza w wieku 15 lat zamieszkać poza domem. Jak sobie poradzi? Cóż, chyba wtedy sama nie wiedziałam na co się piszę. Nie miałam jakiś wielkich obaw. Po prostu stwierdziłam, chcę to tej szkoły, zamieszkam w internacie, bo tam mam zajęcia związane z projektowaniem ubioru (ależ uparta byłam ^^). Znajomych nie miałam wiele, więc nic mnie nie trzymało (nawet się cieszyłam, że ja zakosztuję świata, a oni zostaną w rodzinnym mieście). I tyle z mojej strony. Rodzice się zgodzili, w końcu zawsze byłam rozsądna i prawdopodobieństwo, że się "zepsuję" w dużym mieście było niewielkie. Poznań był tylko godzinę drogi, a rodzice często jeździli tam z różnymi sprawami. I decyzja zapadła.

poniedziałek, 13 października 2014

Jak zostałam projektantką ubioru? Historia Iselle - wstęp

W ostatnich latach udzielałam się sporo w ramach różnych targów edukacyjnych, jako reprezentantka mojej uczelni. Pewnie zabrzmi to śmiesznie, ale w tamtym czasie poczułam pewne "powołanie". Chciałam szerzyć wiedzę nie tyle o swojej uczelni (unikam wymieniania jej nazwy jeśli nie otrzymam takiego pytania, w końcu nie płacą mi za reklamę ;), co o świecie, w którym się znalazłam, o zajęciach i ćwiczeniach na uczelni, rekrutacjach i innych rzeczach związanych z projektowaniem ubioru. Pamiętam, że zamieściłam wtedy jakąś krótką informację na jakimś forum z zawodami, z kontaktem do mnie. Nie minęło dużo czasu i posypały się wiadomości na gadu gadu. Bardzo miło wspominam tamten okres. Z wieloma osobami bardzo miło się pisało :) Potem jakoś to ucichło, przez jakiś czas nie korzystałam z komunikatora. Założyłam bloga i choć początkowo miał być tylko zbiorem wpisów z moimi pracami przekształcił się w coś więcej. Znowu zamieściłam gdzieś kontakt do mnie, do bloga. I ponownie zaczęły się wiadomości. Chyba za tym tęskniłam ;)

Zwykle otrzymuję pytania o szczegóły rekrutacji, egzaminów, zajęć. Często ludzie przedstawiają mi swoje historie i proszą o jakieś sugestie, rady. Udzielam ich, staram się jak najbardziej wczuć w każdą sytuację. Zwykle podaję także przykłady moich własnych sytuacji i doświadczeń, które czasem są bardzo podobne, a czasem pomagają wyobrazić sobie uczelnię, specyfikę tego kierunku i zajęcia. Czasem wystarczy dodać pytającej osobie więcej pewności siebie.

Najlepiej opisywać wszystko na przykładach. W tym wypadku ja będę przykładem. Postanowiłam przybliżyć Wam nieco moją historię, drogę do stania się projektantką ubioru, która tak naprawdę ciągle trwa (teoretycznie nią już jestem, ale jeszcze nie zawodowo). Nadal jeszcze wiele potrzeba, abym spełniła swoje marzenie, ale wierzę, że to tylko kwestia czasu. Poznacie moje kolejne wybory i ich konsekwencje. Może pomoże to Wam podjąć własne decyzje. Zapraszam jutro ;)


PS. Brakuje mi tych targów edukacyjnych. Świetnie się bawiłam ^^

niedziela, 12 października 2014

Z Atelier Iselle: polarowy żakiet na konkurs demish

W moim atelier kolejna realizacja. Tym razem bluzo-żakiet, który szyłam na konkurs demish. Oczywiście rządzi polar ;) Już wcześniej mogliście zapoznać się z relacją dotyczącą szycia. 
Więcej zdjęć w Atelier Iselle - zapraszam.

Relacja z szycia na konkurs demish

Już po rozstrzygnięciu konkursu firmy demish (link do mojej wzmianki o nim), więc pora na przedstawienie mojego projektu. Szkoda, że wiele tym nie osiągnęłam, ale mój projekt mógł być bardziej dopracowany :/
Zacznę od krótkiej relacji z szycia.


Około połowy sierpnia

23:00 - przeglądam segregator z wykrojami; znajduję żakiet reglanowy i wyciągam; przerobię go



23:30 - ups :/ zamek 50 cm może być jednak za krótki; wyciągam papier, linijki; na biurku nadal za mało miejsca; muszę postawić maszyny na podłodze, aby było miejsce na papier
00:10 - wyrysowałam; wycinam; wyrysowany wzór składam i chowam do segregatora




00:15 - zastanawiam się nam drobnymi zmianami w projekcie... zrezygnuję z kieszeni
00:33 - no dobra, nic nowego nie wymyśliłam; zabieram się za krojenie




01:10 - wykrojone wszystko oprócz kaptura (osobno go wymierzę później); ciasno na tym biurku :/
01:30 - spięłam część elementów szpilkami; rodzice zabiliby mnie za overlocka o drugiej w nocy; będę kontynuować jutro


Tydzień później

23:00 - nie no, naprawdę się muszę wziąć w garść; zrobiłam trochę miejsca i usiadłam do overlocka; zacinałam się trochę przy ustawianiu i zakładaniu nitek; musiałam sięgnąć po instrukcję obsługi, bo moja kartka z ściągą za dużo mi nie pomogła





23:30 - pierwsze zerwanie nitki mam za sobą; zmniejszyłam naprężenia nici, bo te z instrukcji ciągle by zrywały; dwa szwy są i pora na rękawy


00:30 - boki połączone, rękawy przyszyte; przy okazji widzę jakie poprawki powinnam wprowadzić w konstrukcji w przyszłości (rękaw mniej z łuku bardziej prosty i dłuższy, mniejsze wycięcie przy szyi z tyłu itd.); na ten moment wyszedł mi krótki żakiecik z rękawami 3/4..... taaa, przerabiamy projekt i rezygnujemy z kaptura; dodam go przy kolejnej realizacji w końcu mam taaaaki duży zapas żółtego polaru...
00:31 - chodzę w tej pseudo bluzie a raczej żakiecie już dobrą chwilę i zaraz się ugotuję, polar idealny na jesień; lubię przymierzać ciuchy, które szyję w trakcie pracy nad nimi, bo mam wtedy odniesienie jak wyszło; trzeba będzie skoczyć do kuchni po jakiś napój...
ok. 01:00 - wymierzyłam podkrój szyi i zabieram się za wycinanie pliski wykończeniowej; mam nadzieję, że nie będzie się wywijać :/


Zaczynam rozumieć pewne standardy w pracowniach krawieckich. Z maszynami zmieścić się idzie wszędzie, ale z krojenie do odrębna kwestia. Duży, jasny stół to podstawa - 100x70 cm mojego biurka to nadal trochę mało :/


02:00 - paseczek przy szyi przyszyty i przeszyty, wygląda to lepiej niż myślałam; pora na zamek
02:30 - zamek przyfastrygowany szpilkami


03:20 - zamek przyszyty; trochę to zajęło, bo musiałam zmieniać nici; przeszywałam po dwa razy; będę musiała pamiętać o przypaleniu zamka, aby się nie pruł; została dolna krawędź i rękawy
03:30 - koniec, kiedyś trzeba spać; zapamiętać: przyszyć znaczek, poprawić "kołnierzyk", przypalić zamek, podwinąć rękawy drabinką, podwinąć dół drabinką

Wieczór tego samego dnia

23:00 - nawlekłam drabinkę, zerwała; kolejna próba się udała; przy okazji wpadłam na fajny pomysł do kolejnych projektów
00:45 - skończyłam :D strój na wieszaku czeka na wyprasowanie; pochowałam krawieckie pierdółki; teraz muszę pomyśleć o małej sesji zdjęciowej

Kilka dni przed terminem - prasowanie, zdjęcia, wykonanie szkicu, pakowanie i poczta



Co można wywnioskować z tej relacji? Często zmieniam zdanie jeśli chodzi o ostateczny projekt. Mam mało doświadczenia w szyciu. Szyję w godzinach bardzo późnych - nocnych. Jestem nocnym markiem. O tej porze nikt nie zawraca mi głowy. Jednak mój limit to często godzina 3, wtedy już odkładam poważniejsze czynności na kolejny dzień, bo łatwiej o pomyłkę.

Gotowy żakiet przedstawię w osobnym wpisie. Ale ... mam mały bonus ;)

sobota, 11 października 2014

Projektowanie mody: szablon z modelkami stardoll 2

Weekend to dobry czas nie tylko na czytanie dobrych książek czy oglądanie filmów. To dobra okazja do rozwijania swoich umiejętności rysunkowych i projektowych. Szablony znacznie ułatwią Wam to zadanie. Są sprawdzone, uczyłam się na nich ;)

piątek, 10 października 2014

Projekt Portret Czytelnika - szukam modeli

Kiedyś opowiadałam historię jak to zarzekałam się we wczesnej młodości, że nigdy nie będę malować farbami. Okazało się, że jak chcę lub muszę to potrafię. Studia to pokazały.

Podobnie jest z portretami. Zawsze sądziłam, że nigdy nie będę malowała portretów. Są trudne, wymagają wiele pracy, ćwiczeń i cierpliwości. Najtrudniejsze moim zdaniem jest odtworzenie podobieństwa do modela, ukazanie duszy osoby. Nie będę malowała portretów. Tak uważałam do pewnego czasu.

Zaczęłam pracować nad aneksem do dyplomu i wymyśliłam sobie najbardziej bzdurny temat jaki mogłam: portrety wykonane szpachelkami. Gratuluję sobie tej kreatywności :/ Nie mam pojęcia co mnie napadło. Zaczęłam malować pierwszy "próbny" portret ze zdjęcia i ... stwierdziłam, że może w tym szaleństwie jest jakaś metoda.

Zaczęłam malować drugi portret. Katastrofa. Nadal go nie skończyłam :/ Zamierzam próbować dalej ;) Ale na aneks dyplomowy zgłoszę prace z draperiami, a nie portrety ;p


W tym momencie mam dla Was pewną propozycję: kto zechciałby zostać moim modelem?
    • Nie jest to żadne candy czy konkurs, to po prostu ćwiczenie dla mnie.
    • Potrzebuję zdjęcia portretowego w nie najgorszej rozdzielczości. Zdjęcie poddam małej obróbce graficznej: zamienię kolory na szarości, minimalnie zmienię jasność, kontrast i odrobinę wykadruję.
    • Takie zdjęcie wydrukuję, powieszę na ścianie i posłuży za obiekt uwielbienia moich szpachelek lub/i pędzli  ^^
    • Efekt tego ćwiczenia, gotowy obraz i zdjęcie modela dla porównania opublikuję na blogu.
    • Podejrzewam, że może zgłosić się więcej niż jedna osoba. Wtedy wylosuję zdjęcie lub wybiorę (aby nie było ekstremalnie trudne ;).
    • Być może, choć to jeszcze nie jest pewne, powstałe prace wykorzystam kiedyś na jakieś wystawie.
    • Jeśli chodzi o identyfikację, czyli imię/nazwisko/pseudonim modela, będę to ustalała z każdym (lub wpiszę, że osoba chce pozostać anonimowa).
    • Zastrzegam sobie, że moje prace (Wasze wizerunki) mogą być bardzo dobre lub tragiczne w wykonaniu. W każdym przypadku będę dawała z siebie wszystko. Gorsze prace także zamierzam publikować w celach edukacyjnych - nie każdy malarz od razu jest mistrzem.
    • Wysyłając swoje zdjęcie/a zgadzacie się na publikację ich na blogu i fanpage'u.
    • Zapraszam do zakładki Kontakt lub do okna komentarzy. Odpowiem na wszelkie pytania.

    Informacje o projekcie umieściłam także na górze bloga, w zakładce Portret Czytelnika.

    czwartek, 9 października 2014

    6. Wyzwanie inspiracyjne: Zima

    Nie sądziłam, że takie pośpieszne wymyślanie projektów mi wyjdzie. A tu proszę. Sprawdzam hasło i od razu coś widzę w swojej wyobraźni. Nie oznacza to, że projekty są bardzo dobre, ale jak to bywa raz projekty są fatalne, a innym razem genialne. Kwestia szczęścia.

    Hasło "zima" nasunęło mi takie skojarzenia: ciepłe, przytulne ubranie; białe; puchate i miękkie; otulające; trochę jak miś polarny. Jakże mogłabym w tej sytuacji nie zastosować mojego ulubionego polaru.


    Opis projektu: tunika z białego polaru, z wielkim wywijanym kołnierzem (podwójnym); rękawy reglanowe do łokci, rozszerzane; dół (spódniczka) odcinana w talii; dzianinowa bluzka pod tuniką; leginsy; naszyjnik i kolczyki z dużych korali.

    Z każdą kolejną próbą "kolorowania" projektu w programie graficznym dowiaduję się coraz więcej. Nie ukrywam, że na razie się tym wszystkim bawię. Przede mną jeszcze wiele ćwiczeń, ale efekty coraz bardziej mi się podobają. Nie miałam pojęcia, że to takie ... proste ^^

    Post z serii Wyzwanie inspiracyjne dla projektantów mody

    poniedziałek, 6 października 2014

    Historia Iwakki, czyli droga do projektowania ubioru


    Serię z Historiami twórców zaproponowałam już dosyć dawno, ale jak to bywa sprawa szybko ucichła. Nie było chętnych, a ja nie miałam weny i czasu, aby się bardziej zaangażować w ten pomysł. No i awaria laptopa pomieszała mi szyki ;) Zawsze znajdzie się coś ważniejszego. Aż tu nagle Iwakki przedstawiła swoją historię i pozwoliła zamieścić ją także tutaj. Zapraszam do czytania i obejrzenia zdjęć. Młodzi, przyszli projektanci - koniecznie przeczytajcie.


    Historia Iwakki: dlaczego szycie? dlaczego Holandia?

    Moja droga którą przebyłam aby stać się "twórcą".
    Bardzo zaciekawił mnie post Iselle. Ciężko jest opisać coś o sobie.
    Na początku pomyślałam że, nie mam odwagi, ale z jednej strony dlaczego nie ?
    Mam problem z pisownią, czasami wstydzę się pisać. Dlatego moje posty są bardzo krótkie.
    Z pisownią mam problem od dziecka jestem dysortografem.

    Mam 32 lata. Kobieta nie powinna podawać swojego wieku.
    A ja mam to gdzieś, ponieważ moje życie zaczęło się po trzydziestce.
    Jestem szczęśliwa, spełniona zawodowo, zakochana oraz zdrowa.
    Lata uciekają a dla mnie czas zatrzymał się w miejscu.
    Przez te wszystkie lata walczyłam o to aby być tym kim dziś jestem.
    Przedstawiam Wam moją historię. Moje życie zawodowe.


    POLSKA

    Gdy byłam małą dziewczyną moja Mama szyła dla mnie sukienki. W czasach komunizmu ciężko było dostać coś w sklepach. Każdego wieczoru Mama szyła coś na maszynie, a ja z boku siedziałam i obserwowałam Mamę. Już wtedy powiedziałam że, będę taka jak moja Mama.

    Po ukończeniu podstawówki postanowiłam że, pójdę do Zasadniczej Szkoły Zawodowej, zawód krawcowa. Pod koniec III klasy otrzymałam książkę za dobre wyniki w praktyce zawodowej. To był mój pierwszy sukces zawodowy :)

    Naukę kontynuowałam  w Technikum Odzieżowym dla dorosłych we Wrocławiu. Miałam 17 lat, nie miałam internetu, nawigacji, telefonu komórkowego, pojechałam sama pociągiem do Wrocławia. Miałam na kartce napisany adres szkoły. Przypadkowi ludzie wskazali gdzie znajduje się szkoła. Złożyłam dokumenty i czekała jeszcze na mnie rozmowa kwalifikacyjna. Odczekałam się listy uczniów, kto został przyjęty. Znalazłam swoje nazwisko i dostałam się :)



    Po 3 latach nauki obroniłam pracę dyplomową na ocenę bardzo dobrą.
    Po ukończeniu szkoły wkroczyłam w życie dorosłe, i co dalej ?
    Marzyłam o Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.


    Posłuchałam nie właściwych ludzi, zeszłam z mojej ścieżki zawodowej. Wmawiali mi że, w moim zawodzie nie ma przyszłości, nie ma z tego żadnych korzyści. Poszłam do Policealnej Szkoły Ekonomicznej, zmarnowałam 2 lata nauki. Moja pierwsza porażka, co ja najlepszego zrobiłam, przecież marzyłam o ASP. Po ukończeniu Studium dostałam się na studia, kierunek Administracja Publiczna. Po pierwszych zajęciach, wyszłam z uczelni, wściekła na siebie. Posłuchałam ludzi a nie siebie. Po tych porażkach postanowiłam poszukać pracy. I zacząć żyć po swojemu.

    Znalazłam staż, gdzie miałam być plastykiem. Owszem malowałam rysunki dla dzieci, ale na tym się nie skończyła moja praca. Byłam dla szefowej, sprzątaczką, nianią do dziecka, wykonywałam zakupy itp. Miałam dość, byłam młoda i głupia że tak się dałam wykorzystać :( Kolejna porażka w moim życiu.


    Pewnego dnia spacerując po mieście, zauważyłam informację na szybie "Zatrudnię krawcową". Nie byłam przekonana do swoich umiejętności. Siostra mnie zmotywowała, weszłam do środka i zapytałam się o pracę. Od razu powiedziałam co mi nie wychodzi w szyciu. Szczerość się sprawdziła, na drugi dzień miałam wstawić się na 9:00 rano. Chciałam zrobić dobre ważnie i spóźniłam się do pracy :)

    Po 3 latach pracy w pracowni krawieckiej, nauczyłam się wykonywać wszelkie usługi krawieckie (odzież damska), szycie miarowo - usługowe, kontakt z klientami, jak wykonać konstrukcje odzieżowe, poznałam kuśnierstwo. Praca była idealna. W między czasie należałam do Bractwa Rycerskiego, nauczyłam się jak wykonywać stroje średniowieczne. Potem zapisałam się do kolejnej szkoły, Policealne Studium Zawodowe jako projektant mody ( Poznańska Szkoła Mody "Even").

    W tym czasie mój ukochany wyjechał do Holandii, nie potrafiłam sobie z tym poradzić. Któregoś dnia zadzwonił do mnie i zapytał czy chcę przyjechać do Holandii ? Moja myśl .... o nie ....  teraz, kiedy zaczynam wchodzić na właściwą ścieżkę zawodową. Zrezygnowałam ze szkoły, dałam wypowiedzenie w pracy, szefowa była załamana. Spakowałam walizkę, zakupiłam bilet do Holandii i pojechałam. Moja Mama płakała a ja razem z nią. Mój tato próbował być silny, nie odprowadził mnie na przystanek, nie chciał pokazać słabości. Naprawdę to było pożegnanie, pożegnałam mój kraj, rodzinę, przyjaciół. Nie wiedziałam co mnie czeka, nie znałam języka angielskiego, niderlandzkiego, pojechałam w nie znane.



    HOLANDIA

    Pierwsze trzy miesiące były tragiczne, nie wiedziałam co robić, od czego zacząć.
    Jednym słowem byłam załamana :( Moja koleżanka a dziś przyjaciółka, pomogła mi znaleźć pracę. Pracowałam w magazynie od 15:00 do 1:00 w nocy i tak codziennie.
    Kolejna praca na dwie zmiany przy produkcji. I kolejna praca ....
    Zamarzyłam, że uzbieram na ASP i wrócę do Polski aby rozpoczynać studia w Łodzi.

    I coś we mnie pękło, nie może tak być, gdzie moja pasja, szycie, rysowanie, postanowiłam coś z tym zrobić. Pomyślałam że, jeśli mieszkam w Holandii to czas zabrać się za język niderlandzki. Zapisałam się na kurs podstawowy. Po ukończeniu podstawowego kursu zapisałam się na średnio-zaawansowany.
    Ten drugi kurs był bardzo trudny, pamiętam jak wróciłam do domu ze łzami w oczach, nie dam rady, mam dość, rzuciłam książkami. Na drugi dzień ogarnęłam się i powiedziałam sobie "dasz radę". Moim celem było aby dostać się na kurs z konstrukcji odzieżowej, warunkiem było aby mówić, czytać, pisać i zrozumieć język niderlandzki. Dostałam się na kurs, pierwszy rok mam za sobą, a teraz zaczynam drugi rok kursu i przygotowuje się do egzaminu. Czy ogarnę to nie wiem?




    Kolejna myśl która mnie dręczyła, jak zdobyć doświadczenie zawodowe w obcym kraju ?

    Wysłałam dyplom do tłumacza przysięgłego a potem po przetłumaczeniu na język niderlandzki, wysłałam dokumenty do międzynarodowej instytucji aby uznali moje Polskie wykształcenie w Holandii. Tygodniami czekałam na list, czekałam jak na szpilkach. Dostałam pismo że, uznają moje wykształcenie oraz tytuł zawodowy :) Wydałam na to około 1,000 zł.

    Potem wysłałam CV z zapytaniem o staż jako krawcowa w Amsterdamie. Przyjęli moją kandydaturę, ale ja odmówiłam. Za koszty dojazdów miałam pokryć sama, mam 100 km do Amsterdamu, koszt biletu  € 30 to jakieś 120 zł za dzień. Nie miałam tych pieniędzy, pech :(  życie drogie jest w Holandii. Ale to już inna historia.

    Szukałam pracy dalej w swoim zawodzie, nikt mnie nie chciał, bez doświadczenia w Holandii. Kompletnie nic :(

    Postanawiałam że, nauczę się języka HTML i wykonam stronę internetową. Zajęło mi to pół roku w ciągu roku wykonałam własną stronę internetową, aby pokazać portfolio. Pomyślałam o blogu, chciałam aby najbliższa rodzina i przyjaciele na bieżącą śledzili moje prace. Ale to dalej za mało, szukałam pracy w swoim zawodzie i nic.


    Pomyślałam sobie, skoro mnie nie chcą, sama się zatrudnię. Po intensywnym szukaniu lokum znalazłam miejsce na wymarzoną pracownie. Nie słuchałam nikogo, doradców jest dużo, którzy kompletnie nie wiedzą jak prowadzić pracownię krawiecką a wciskają swoje marne zdanie. Przestałam słuchać ludzi, poszłam za instynktem. Nie podaje się walczę o swoje marzenia, działam i nie mam żadnych wymówek. Można wszystko osiągnąć nie ważne w jakim kraju jesteś. Dziś jestem odważna i spełniam się zawodowo.
    A ASP czeka na mnie jak nie w tym życiu to w następnym :)


    Gdy otworzyłam pracownie, nagle pracodawcy chcą mnie zatrudnić chcą dać mi pracę a ja się pytam, gdzie byliście jak potrzebowałam tej pracy ?

    I te głupie pytania, które słyszę od ludzi a ile z tego wyciągasz ?, a ile masz na rękę ?, czy się to opłaca ? ile klientów na tydzień? a ile rzeczy sprzedałaś ? itp.
    Moja Odpowiedź brzmi: otwórz swój własny biznes i zobaczysz jak to smakuje.

    Po wielu porażkach, błędach które popełniłam w swoim życiu zawodowym, nauczyłam się szybko wyciągać z tego wnioski i działać każdego dnia.
    A dlaczego to robię ? Ponieważ kocham szyć.




    A co przyniesie mi przyszłość, nie wiem żyje z dnia na dzień.
    Każdego dnia robię 18 km rowerem aby pojechać do pracowni, pada deszcz, grad, burza, mam ból głowy a ja nie poddaję się wsiadam na rower i jadę.
    To dodaje mi siły aby działać.




    Nie znam osobiście Iwakki, jednak podziwiam jej upór w dążeniu do celu. Na bieżąco staram się obserwować jej realizacje i wpisy. To naprawdę twórcza osoba ;)

    Tekst znajdziecie także pod tym linkiem - Historia Iwakki: dlaczego szycie? dlaczego Holandia? Dziękuję Iwakki za możliwość publikacji jej tekstu i zdjęć u mnie. Zapraszam do odwiedzenia jej bloga, strony, profilu ;) Wszystkie zdjęcia pochodzą z bloga iwakki.blogspot.com.